gangsta
rekrutacja rozmowa kwalifikacyjna

A mama siedzi i czeka na feedback

Tematem dzisiejszego wpisu jest feedback, czyli informacja zwrotna, którą (w idealnym świecie) powinno się otrzymać od rekrutera, w momencie, gdy rezygnują z Twojego dalszego udziału w procesie. Tytuł posta jest mylący, bo jakbym siedziała i czekała na feedback, to bym prędzej kolejne dziecko urodziła, niż się doczekała tej informacji zwrotnej. Ale cuda się czasem zdarzają, czasem sama o nie proszę, jednakże najczęściej (niestety) czuję się, jakbym waliła grochem o ścianę. Dzisiaj kilka historii z informacjami od rekruterów w tle, zapinaj pasy i lecimy!

Cuda się czasem zdarzają

Siedzę sobie rozanielona (patrz zdjęcie na górze), tuż po rozmowie w sprawie pracy w Lizbonie (a to historia na inny wpis, nic nie zdradzam, cicho sza!), aż tu nagle dzwoni telefon z nieznanego numeru. Odbieram, dalej uśmiech na twarzy, w końcu super mi poszło, jedną nogą jestem na plaży nad wybrzeżem atlantyckim, nic mnie nie złamie, odbieram: ,,Halo”.

– Cześć, tu Hermiona z firmy ,,Hogsmeade”, masz teraz chwilę by porozmawiać?

To była dobrze znana Ci rekruterka z tego wpisu, która zawiozła mnie Hogwart Expressem, wprost pod wrota Azkabanu. Trochę odjęło mi mowę, bo nie spodziewałam się od niej telefonu, zepchnęłam tamtą rekrutację w przestrzeń niebytu w moim mózgu.

Powiem szczerze – nie jestem w stanie przytoczyć wszystkiego słowo w słowo, co mówiła, za bardzo byłam zszokowana. Ale najważniejsze informacje, jakie dostałam są takie, że w związku z pandemią, wszystkie rekrutacje były zawieszone w tej firmie. Obecnie wszystko rusza z powrotem, a nawet więcej – próbują dodatkowo nadrobić to, co było zablokowane podczas lockdownu. Dlatego niestety, ze względu na natłok obowiązków, nie mogą sobie pozwolić na zatrudnienie juniora, którego trzeba jeszcze dodatkowo wdrażać. Zapewniła mnie, że o mnie pamięta i dlatego też postanowiła zadzwonić, zamiast wysłać automatycznego maila z odmowną odpowiedzią.

Generalnie byłam zachwycona. Pal licho, że nie dostałam pracy, nareszcie dostałam konkretną odpowiedź, jaki jest powód, że mnie odrzucają. I (chyba) po raz pierwszy, nie poczułam takiego zniechęcenia, po odpowiedzi odmownej. Wręcz przeciwnie, stwierdziłam, że na pewno, gdzieś tam jest dla mnie miejsce, to nie jest tak, że już nie mogą na mnie patrzeć i ,,o matko, znowu ta dzieciata aplikuje”. Poza tym, wspaniałe było to, że ona do mnie po prostu zadzwoniła. Rozmowa trwała dokładnie 6 minut i 42 sekundy, a ja się poczułam zauważona. Ja wiem, że takie działania zajmują dużo czasu i nie zawsze to jest możliwe, by rekruter się z każdym kontaktował. Dlatego tym bardziej należy pochwalić tych, co się starają 🙂

Sama się proszę

Nie mam problemu z proszeniem, jak mam jakiś problem. Ale nie lubię ,,się prosić”. Nie lubię, ale to robię, bo jakbym siedziała cichutko, jak mysz pod miotłą, to bym daleko nie zaszła. W sumie, to nie zaszłam nigdzie daleko, chyba, że na Śnieżkę, więc nie mogę powiedzieć, by to moje proszenie odniosło jakiś skutek. Ale przynajmniej mam poczucie, że coś robię. Wolę żałować, że coś zrobiłam, niż, że czegoś nie zrobiłam.

Dlatego jak dostałam taką wiadomość od rekruterki, po aplikowaniu na praktyki w Warszawie i odbyciu rozmowy na zoomie, nie wahałam się ani chwili, co powinnam dalej zrobić.

Cześć Agnieszka,

Bardzo dziękuję za zainteresowanie **** oraz czas poświęcony na nasz proces rekrutacyjny.
Zgodnie z obietnicą wracam do Ciebie z informacją zwrotną – niestety, na ten moment zdecydowaliśmy się kontynuować proces z innymi kandydatami, których doświadczenie i umiejętności bardziej odpowiadają naszym oczekiwaniom w tym momencie.
Życzę Ci wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że pozostaniemy w kontakcie na przyszłość 🙂

Powiem wprost – wkurzyła mnie ta odpowiedź. Co to znaczy, że doświadczenie i umiejętności innych kandydatów im bardziej odpowiadają? To była aplikacja na PRAKTYKI! Jeżeli na praktyki dostają się osoby, które mają już doświadczenie, no to ja znikam, bo nie ma dla mnie nigdzie miejsca, w takim razie.

A może odwrotnie? Przeszkadza im, że jestem po studiach? A może fakt, że jestem z Poznania? Tych a może, a może, a może, mnoży się w mojej głowie kilkadziesiąt, a odpowiedzi żadnej. Zdanie ,,mam nadzieję, że pozostaniemy w kontakcie na przyszłość”, pozostało tylko zdaniem. Na maila z zapytaniem, jaki był konkretny powód odmowy, nie dostałam odpowiedzi. Zaproszenie na LinkedIn nie zostało zaakceptowane.

Powinnam się cieszyć, że w ogóle dostałam informację, że rezygnują z mojej kandydatury. I choć sam mail jest napisany w bardzo uprzejmy sposób, to ja dalej nie wiem, dlaczego tej pracy nie dostałam. A chyba taki jest cel informacji zwrotnej, prawda?

Grochem o ścianę

Kolejnym moim ,,ulubionym” zachowaniem, jest zamieszczanie informacji w ogłoszeniu ,,uprzejmnie informujemy, że skontaktujemy się z wybranymi kandydatami”. Uprzejmie informuję, że możecie się… No właśnie, nic nie możecie, bo i tak wyślę CV. Gdybym zrobiła bojkot i nie aplikowała na ogłoszenia z tym dopiskiem, to rozsyłałabym może 10% tego, co obecnie wysyłam. Dlatego zaciskam zęby i dostosowuję się do reguł panujących na rynku.

Ale jeśli zdarzy się aplikacja na stanowisko, które mnie bardzo, bardzo interesuje i przez 2 tygodnie skaczę do telefonu z nadzieją, że może to rekruter z tej firmy, to jak nie mam żadnej odpowiedzi, to piszę. Piszę coś w stylu ,,Dzień dobry, aplikowałam na takie i takie stanowisko, czy moja kandydatura jest dalej brana pod uwagę w procesie rekrutacyjnym”. Nigdy jeszcze nie dostałam odpowiedzi.

Feedback już na rozmowie

Zdarzyło mi się dostać odpowiedź już na rozmowie rekrutacyjnej, że pracy nie dostanę. Napisała do mnie rekruterka na LI, że poszukuje do pracy z językiem niemieckim. Odpisałam jej grzecznie, że mój niemiecki jest bardzo słaby i nie będę marnowała jej czasu. Podziękowała i po dwóch tygodniach, znowu wróciła do mnie z ofertą. Tym razem stanowisko niższego szczebla, nie ma tego niemieckiego tak dużo, a nawet jeśli jest, to można pracować ze słownikiem, umówmy się na rozmowę.
– Nie, naprawdę dziękuję, mój niemiecki naprawdę nie spełnia żadnych standardów.
Ale pani tak nalegała, że uległam. Umówiłyśmy się na rozmowę, okazało się, że jest to praca, polegająca na rekrutacji opiekunek wyjeżdżających do Niemiec. Średnio mi się to podoba, ale brnę dalej, aż dochodzimy do kluczowego momentu – Pozwoli Pani, że przejdziemy na niemiecki, dobrze?

Rozmowa po niemiecku w moim wykonaniu, była jednym wielkim dramatem. Ale nawet nie to było najgorsze, że dukałam i nie mogłam sobie najprostrzych słow przypomnieć. Katastrofa nadeszła niespodziewanie…

Po odpowiedzeniu na kilkanaście głupich pytań, w stylu: gdzie mieszkasz, co robisz w wolnym czasie, gdzie się uczyłaś niemieckiego (tu powiedziałam, jak to na każdym etapie edukacji miałam niemiecki i jak bardzo nie umiem mówić w tym języku, i jak bardzo go nie lubię – pani się nie przestraszyła, ani trochę), przyszło pytanie – Co robiłaś wczoraj? Okej, czyli czas przeszły. Odpowiedziałam już co robię w wolnym czasie, to teraz trzeba wymyślić, co robiłam wczoraj. No to lecę, jeździłam na rowerze i grałam na pianinie.
– Aaaa… spielen Klavier, ja? (czy jakoś tak powiedziała do mnie)
– Nie, nie (dalej po niemiecku mówię). Ja nie gram na pianinie, po prostu to powiedziałam, bo pamiętam ten zwrot ze szkoły.

Cisza. A potem słyszę w słuchawce (po polsku):
– Pani Agnieszko, czy ja dobrze panią zrozumiałam? Pani opowiada mi o tym, że gra na pianinie, chociaż pani tak naprawdę nie gra na pianinie, tylko pamięta pani to zdanie ze szkoły?
– Tak.
– Pani Agnieszko. Ja nie wiem, co ja mam na to odpowiedzieć. Nie wiem, co mam o tym myśleć. Pani na rozmowie kwalifikacyjnej mówi nieprawdę. Jak ja mam teraz patrzeć na pani poprzednie odpowiedzi? To znaczy, ja rozumiem, że to może był żart na rozluźnienie atmosfery, ale nie może pani robić takich rzeczy na rozmowie kwalifikacyjnej. I mówię to w dobrej wierze, na przyszłość dla Pani.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy, oddech zamiera, a serce przestaje bić. Zdołałam tylko powiedzieć: ,,Dziękuję, że mi Pani o tym mówi, będę zwracała na to uwagę”.

Rozmowa toczyła się dalej, jak gdyby nigdy nic, choć ja czułam wielki kamień w żołądku. Doszłyśmy do pytania ,,co jadła pani dzisiaj na śniadanie”.

– eee.. (co ja jadłam na śniadanie dzisiaj??) Bułkę … z … (Dżemem, jak jest dżem po niemiecku??)
– Z żółtym serem, na przykład.

Serio?? To ja się produkuję, szukam w głowie słówek, których nie mam, żeby nikt mnie o kłamstwo nie posądził, a tu okazuje się, że nie ma znaczenia, co jadłam na śniadanie? A ma znaczenie, czy gram na pianinie, czy nie?

Po tej rozmowie się popłakałam. Ze złości, na siebie. Bo jak to jest, że ja zawsze zrobię z siebie głupa na rozmowie kwalifikacyjnej? Naprawdę, czułam się jak idiotka. Byłam przekonana, że jest sprawdzana moja znajomość niemieckiego i nie ma znaczenia, co ja powiem, byle by było powiedziane w sposób komunikatywny. Jakbym wiedziała jak jest ,,robiłam kupę” po niemiecku, to bym jej powiedziała. A tak, kurczę, ich spiele Klavier i wyszło, że kłamię.

No dobra, wiadomka, że bym tego nie powiedziała. Byłam na siebie zła, że język mi skołowacial i się bardziej nie broniłam. Kwestionowanie mojej uczciwości, bo na teście z języka powiedziałam, że gram na pianinie, uważam za przesadę. Czy się mylę?

Zadzwoniła do mnie ponownie po chwili, by przemaglować mnie, z tego niemieckiego, jeszcze raz. Miałam wrażenie, że jak sobie odpuściłam i odpowiadałam na pytania na zasadzie ,,ok, odpowiem, ale i tak nara”, to lepiej mi poszło. Oczywiście się myliłam, bo usłyszałam:
– Pani Agnieszko, pani ma jakąś blokadę w mówieniu. Ja nie jestem do końca przekonana, czy pani sobie poradzi, przepytując te opiekunki po niemiecku.
– Nie poradzę sobie, nie będę tu pani okłamywać.
– No i jeszcze pani nie próbuje mnie przekonać, dobrze pani Agnieszko…

Wymiana uprzejmości i do widzenia. W tej sytuacji, nie mogę dostac zatrudnienia, ale jak uda mi się podszkolić język, to mnie zaprasza ponownie. To nie była jakaś najbardziej nieuprzejma rekruterka w moim życiu, czy coś, żeby było jasne. Nawet bym powiedziała, że była miła. I może miała dobre intencje. Ale dla mnie skończyło się na płaczu, że znowu mnie to spotyka, znowu coś robię nie tak.

A potem na śmiechu, że mam co pisać na blogu 😀

Uśmiech na koniec!

Jak już jesteśmy przy niemieckim, to pozwolę sobie opowiedzieć historię rekrutacyjną mojej przyjaciółki. Ona po niemiecku sprecha perfekcyjnie, co więcej, umie nawet skomplikowane techniczne słownictwo, dlatego bardzo się ucieszyła, gdy znalazła ofertę na ,,tłumaczenia ze specjalistycznym językiem niemieckim”. Radość szybko jej przeszła, gdyż okazało się, że jest to obsługa niemieckiego… sex chatu. Jak sama powiedziała, po niemiecku jeszcze nie świntuszyła i takiego specjalistycznego zasobu słownictwa nie posiada. Ja zaś sobie pomyślałam – niemiecki i sex chat, czy to w ogóle idzie w parze? Ja, naturlich, warum nicht.

A teraz naprawdę koniec!

Rekruterzy są różni, wielu jest naprawdę zapracowanych, ale informacja zwrotna, po zakończonej rekrutacji, powinna być standardem. Dzięki temu, ja wiem, co poprawić, a nie zastanawiam się nad tym, czy rekrutacja była ustawiona, czy znowu im przeszkadza, że jestem matką, czy jeszcze milion innych, wydumanych powodów. I oczywiście są korzyści dla firmy, ponieważ, gdy zostanę dobrze potraktowana, chętniej sięgne po ich produkt, prawda? Obojętnie, czy mówimy o zakupie preparatu do konserwacji podłóg, czy o współpracy długoterminowej na tworzenie aplikacji dla PKP.

O potrzebie dobrych praktyk rekruterskich wśród społeczeństwa, świadczy chociażby mój ostatni wpis na LinkedIn. Pochwaliłam tę rekruterkę, a jak, dobrem należy się dzielić. W ciągu tygodnia na wpis zareagowało ponad 700 osób, prawie 80 000 wyświetleń. ,,Myślałem, że tacy rekruterzy mają status ‘potwora z Loch Ness’ wszyscy slyszeli, ale nikt nie widział.” – to cytat z jednego z komentarzy. I większość jest w podobnym tonie.

Czy warto pytać rekrutera o feedback? ZAWSZE WARTO! A jak nie odpisują, to, po pierwsze, świadczy o nich, a po drugie, nic nie tracisz. Jesteś w takiej samej sytuacji, jak przed spytaniem. No dobra, straciłaś dwie minuty na napisanie wiadomości, żeby nie było 🙂

Dziękuję, że przeczytałaś do końca! Życzę nam, wszystkim poszukującym pracy, samych takich rekruterów, jak w pierwszej historii. I czasem, takich śmiesznych pomyłek, jak u mojej przyjaciółki, bo trochę szaleństwa musi być 😀 Trzymam mocno kciuki (za Ciebie i siebie, wiadomka) i pozdro600!!!

Może też spojrzysz

1 Comment

  1. Uśmiałam się jak zawsze:-D a nie dawanie kandydatom feedbacku powinni być karalne 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *