wyjście w góry
urlop

A mama siedzi i bierze zimny prysznic

Cześć i czołem, kluski z rosołem!

Straaasznie długa ta przerwa spowodowana wakacjami – bardzo Cię za to przepraszam! Ale nie będę ukrywać, że to nie tylko konieczność opieki nad całą trójeczką przy zamkniętym przedszkolu czy leniwe przedpołudnia w babcinym ogrodzie, spowodowały brak wpisów. Przyczyniła się do tego ogromna posucha na rynku pracy – nie dość, że ja sama zmniejszyłam ilość wysyłanych CV, to jeszcze te, co wysyłałam, nie przyniosły za sobą żadnej ciekawej historii. No bo po co ja mam pisać o tym, że wysłałam CV i nic? Ani to ciekawe, ani pozytywne, ani żadna lekcja do nauki z tego nie wychodzi. Chyba, że jest to nauka konsekwencji i upartego dążenia do celu, by iść do przodu, gdy po drodze są same przeciwności. A przeciwności dużo, chociażby to, że usunął mi się cały folder z moimi CV i ogłoszeniami o pracę. Nie jest to jakaś wielka tragedia, bo moje bazowe CV mam w chmurze, ale jak mam już kilkanaście spersonalizowanych CV pod konkretne oferty, to znacznie przyspiesza to rozsyłanie aplikacji. A teraz, jak sobie pomyślę, że znowu mam każde CV ponownie personalizować, to już mi się nie chce i wolę na drutach porobić.

Na domiar złego, na początku lipca zaaplikowałam na idelną ofertę, do idealnej firmy, znowu przez polecenie. Oferta prawie idealna, bo oczywiście szukają osoby z doświadczeniem, ale powiedziałam kumplowi, żeby mnie dobrze zareklamował. I w dużym skrócie, bo w sumie, nawet nie ma o czym opowiadać: powiedzieli kumplowi, że się ze mną skontaktują, po dwóch tygodniach dowiaduję się (od jego mamy!), że słyszała, że się ze mną kontaktowali. Nie wiem, co tu się wydarzyło, nikt się do mnie z tamtej firmy nie odzywał, jakieś plotki, domysły, nadzieja, że to jakaś błaha pomyłka, ktoś podmienił CV, a może już mnie nie chcą widzieć na oczy i mętlik w głowe – pisać, nie pisać, odzywać się do rekruterki z tej firmy, czy nie – plus nałogowe scrollowanie LinkedIna … DOŚĆ!

Dzięki uprzejmości rodziców, którzy odważyli się zabrać całą trójkę na wakacje (brawa dla nich!), nie miałam wyjścia, musiałam wylogować się ze wszystkiego i skupić na czymś innym, po prostu. Przede mną miało być tylko zdobywanie szczytów Koron Gór Polski, spanie, czytanie książek, spanie i jeszcze spanie. Co z tego wyszło? Czytaj dalej 🙂

Gdzie te góry?

Pierwszym zaplanowanym szczytem była Ślęża, tuż za Wrocławiem, 718 m n.p.m., najwyższy szczyt Przedgórza Sudeckiego. Wspaniała sprawa, żeby wybrać się na jeden dzień z rodziną lub bez – dla przedszkolaków trochę za trudno, jak na moje oko, ale takie starszaki w podstawówce już by dały radę. Koniec dygresji podróżniczej.

Wyjechaliśmy o 6:30. Lało jak z cebra. Wycieraczki sapały niczym ja, w ósmym miesiącu ciąży, wnosząca syna na 4 piętro. Radio grało rock’n’rolla, a krajobrazu za oknem nie było widać, z powodu oszalałych kropli deszczu, atakujących nasz samochód. Ale nic, absolutnie nic, nie było w stanie popsuć nam humoru. No bo, co z tego, że pada, nie jesteśmy z cukru, a nawet jak zrezygnujemy z wejścia, to się przecież nic nie stanie. Co nas ogranicza? NIC! I to było piękne!

Na szczęście, tuż pod Wrocławiem przestało padać. Oczywiście, jak to ja, pomyślałam sobie, że to znak. To znak, że możemy bez oporu, o suchej kurtce, wejść z uśmiechami na twarzy na górę po pieczątkę do książeczki, na dowód, że jestem zdobywcą. Dojeżdzamy już do miejscowości, w której mieści się ta góra, a tu góry nie ma. Normalnie jedziemy, rozglądamy się wokół, a tu serio – żadnych gór. Ja rozumiem, że te góry, to takie górki bardziej, no ale jednak to jest jakiś szczyt do zdobycia, coś powinno być widać ponad dachami domów.

Okazało się, że cały Masyw Ślęży utonął w chmurach i to dosłownie! Ale wciąż nie padało, więc cali szczęśliwi zaparkowaliśmy i ruszyliśmy w drogę.

W połowie szlaku na górę zaczęło padać, ale na szczęście dla nas droga wiodła przez las. Miałam okazję rozluźnić się całkowicie i docenić cudowny ekosystem jaki tworzą drzewa. Oczywiście sapałam jak lokomotywa, ale nie mogłam nie docenić tego, co widziały moje oczy – mgły, która otaczała wysokie na kilkanaście metrów pnie drzew oraz kropel deszczu, spadających powoli z zielonych liści i zatrzymujących się na wilgotnej ziemii. I ten zapach! Mmm…naprawdę wszystkie troski związane z pracą odeszły w niepamięć, teraz liczyło się tylko to, by nie wypluć płuc.

Po dotarciu na szczyt, na którym widoczność była na ok 10m (może w porywach 20m), chcieliśmy pójść do schroniska się lekko wysuszyć, bo już kurtka zaczęła powoli przemakać. Schronisko zamknięte. Na szczęście pieczątka do podbicia znajdowała się na zewnątrz w zamkniętej skrzyneczce, więc całe to wejście nie poszło na marne 🙂

Jest i pieczątka – szczyt zdobyty 🙂

Chciałabym Wam opowiedzieć, jakie to niesamowite widoki nas tam zastały czy coś, ale serio – było nam tak mokro i zimno, że wypiliśmy tylko pod wiatą herbatkę z termosu i jazda w dół. Nawet nie zwiedzaliśmy kościoła, który był na szczycie, bo nawet go nie było widać, dopiero jak się podeszło na 10 kroków od niego.

praca dla mam
Tak właśnie to wygląda. Nawet mam wrażenie, że na zdjęciu widać więcej niż było widać w rzeczywistości. Ten ostry cień to kościół, jakby co 🙂

Postanowliśmy schodzić innym szlakiem, ze względu na to, że szlak którym przyszliśmy miał dużo kamieni, które przy takim ciągłym deszczu były bardzo śliskie, a nie miałam ochoty na skręcenie kostki czy jakieś inne nieszczęście. Odnaleźliśmy niebieski szlak, który zamiast w dół, nie wiem czemu, zaczął piąć się w górę. Ale idziemy dzielnie, doszliśmy do jakiejś wieży widokowej, na którą nawet nie było co wchodzić, bo zobaczylibyśmy najwyżej nasze dłonie.

Idziemy sobie dalej, idziemy (już na szczęście w dół), trochę kamieni, potem schody z kamieni, znowu kamienie, krzywe schody z kamieni, kamienie, kamienie i generalnie same śliskie kamienie, a między tymi kamieniami malutkie strumyczki wody. I wszystko byłoby w miarę ok, gdyby nie to, że w pewnym momencie doszliśmy do takiego miejsca, gdzie żeby przejść po kamieniach, trzeba było się przytrzymać innych kamieni. A to wszystko tak mokre i śliskie, bez żadnej siły tarcia, podparcia jakiegokolwiek, że dramat. Mój mąż szedł przede mną i tak sobie, od czasu do czasu, się poślizgnął, nic wielkiego, ale tak sobie idę za nim i myślę ,,no tak, on jest taki nieostrożny, ryzykant, nie boi się tego, że tu się zaraz przewróci, pruje do przodu i tyle. A ja ostrożnie stawiam każdy krok, nie lecę na hurra, tylko patrzę pod nogi, ale dzięki temu się nie potykam i nie przewracam. A może możnaby to jakoś pod karierę zawodową podciągnąć? Taka alegoria, że droga to ścieżka kariery i tak jak stąpasz, tak Ci idzie na rynku pracy. Możesz iść pewnie i szybko do przodu, ale popełniasz błędy, albo tak jak ja, idziesz ostrożnie, ale za to stabilnie..

ŁUBUDUBUDUDBUDU!!

Z tych oto beznadziejnych rozmyslań, wyrwał mnie dzwięk spadającej mojej mało skromnej osoby i ból bolącego tyłka. Taka byłam ostrożna, taka uważna, że się elegancko poślizgnęłam prosto w tył, spadając na pośladeczki z głośnym łoskotem. Na szczęście nic sobie nie wykręciłam, ale przez tydzień miałam piękną pamiątkę – wielka, idealnie okrągła, fioletowa śliwa, na samym środku moich czterech liter. Czy można z tego ułożyć jakąś piękną alegorię, parabolę czy przypowieść? Może coś w stylu ,,kto chodzi ostrożnie, tego upadek jest wielki”?

Nigdy bez mapy

Idziemy dalej, bo co tu robić innego. Pozwoliłam sobie na chwilę biadolenia, że przecież pani w schronisku na dole mówiła, że szlak niebieski jest łatwiejszy niż żółty, bo nie ma kamieni, a to wcale nieprawda i to jest bez sensu, ale już nie możemy nic zrobić, bo leje i chcemy jak najszybciej się dostać do samochodu. Idziemy sobie, idziemy, nagle patrzymy – mapa! Uszczęśliwieni podbiegamy, żeby sprawdzić ile jeszcze do parkingu, czy zdążą nam gacie zamoknąć, czy będziemy szybsi niż wiatr i dojdziemy do auta o suchej bieliźnie. Patrzymy na tą mapę, ale coś się nie zgadza. Ta kropka ,,TU JESTEŚ” chyba jest źle postawiona, przecież to niemożliwe, żebyśmy byli w tym miejscu. No to odpalamy telefon. Generalnie wyciąganie telefonu spod zmoczonej kurtki i bluzy, wyciąganie go na deszcz i potem próba osłonięca go przed kroplami własnym ciałem, to jest wyzwanie! Powiedziałabym wręcz, że niemożliwe wyzwanie! Nasze dłonie były bardzo mokre (moje jeszcze dodatkowo piekielnie brudne po upadku), a wszystko inne było jeszcze bardziej mokre, że ekran telefonu bardzo szybko również się zamoczył i nie chciał nas słuchać. Ale zdążyliśmy zauważyć jedno – że mapa się nie myliła. Okazało się, że schodziliśmy owszem, niebieskim szlakiem, tylko z drugiej strony i wylądowaliśmy dokładnie po przeciwnej stronie góry. Mieliśmy dwie opcje – wracać na szczyt i znaleźć dobry szlak, czemu się absolutnie sprzeciwiłam, powiedziałam, że ja po tych śliskich kamlotach się wspinać nie będę! Albo iść w dół i obchodzić górę. Wpadłam jeszcze na trzeci pomysł, schodzimy w dół do najbliższej miejscowości i prosimy, żeby nas podwieźli na parking, do naszego auta. Mój mąż spojrzał na mnie z politowaniem i rzekł: ,,Aga, czy ty myślisz, że ktokolwiek nas wpuści do swojego auta? Widzisz jak wyglądamy?” Nie widziałam, bo miałam mokre okulary i wszystko mi się rozmazywało. Wpadłam również na czwarty pomysł, ale szybko sama go zdusiłam w swojej głowie – zadzwonimy po TOPRowców i oni nas uratują. Ale jak sobie pomyślałam, że mam rozmawiać z nimi przez mokry telefon, a potem jeszcze na nich czekać, w tym deszczu, to już wolałam iść, iść byle w dół i byle bliżej do suchych ciuchów, czekających na nas w bagażniku.

Wciąż pada

Kiedy tak idę przed siebie, walczę z żywiołem, walczę sama ze sobą, kiedy już myślę, że pada najmocniej na świecie, ale okazuje się, że sie mylę, bo zaczyna padać jeszcze mocniej, kiedy nie mam pewności, czy idę w dobrą stronę, a nie mam mapy, tylko zmoknięty telefon, to mąż postanawia zabawić mnie rozmową.

,,Wiesz Aga, to mi przypomina książkę, którą teraz czytam. Droga Cormaca McCarthy’ego. I oni też tam idą, ojciec z synem, i kierują się na południe, bo zbliża się zima, a na południu jest więcej jedzenia. Tylko tam jest taki apokaliptyczny klimat, wszystko jest przykryte popiołem, a oni idą z osłoniętymi twarzami, żeby tego pyłu nie wdychać. No i jak to w takich dzikich społeczeństwach, napady, rabunki, walka o jedzenie, kanibalizm. I oni tak sobie idą przez całą książkę, i sobie idą, i idą.”

I my też tak idziemy i idziemy, ale poprosiłam męża, żeby nie próbował rozluźniać atmosfery, bo mu nie wychodzi. Nie posłuchał.

,,Aga, wyobraź sobie, że dochodzimy do parkingu, a tam nie ma naszego auta. Skradzione! Ale masakra, co?”

Jeszcze tego by brakowało! I już nawet pal licho samochód, ale razem z samochodem zniknęłyby suche majtki! I spodnie, i koszulka, i skarpetki… Ten mój wewnętrzny strach przed atakiem niedźwiedzia w górach był niczym, w porównaniu ze strachem przed utratą suchych ciuchów.

Na szczęście nic takiego się nie stało. Po czterech godzinach spaceru w ulewie, dotarliśmy bezpiecznie do samochodu, udało nam się wylać wodę z butów, przebrać w suche ubrania i zjeść czekoladę.

Dopiero jak człowiek usiadł, zdjął te górskie buty, które ważyły chyba tyle, co rolki, dały o sobie znać inne dolegliwości spowodowane 3 godzinnym marszem, bez żadnej przerwy. Przede wszystkim wilczy głód! Potem przejmujące zimno, oczywiście do tego jeszcze ból kolana (lewego)… ale wiesz co? To wszystko nie miało znaczenia!

Specjalnie opowiadając tę historię skupiłam się na okropnościach – naprawdę, było bardzo okropnie, paskudnie, turbo mokro i turbo zimno. Ale nie powiedziałam Ci, że przez całą drogę uśmiech nie schodził nam z twarzy, momentami śmialiśmy się do rozpuku, nawet brodząc po kostki w wartkim strumyku, który dwie godziny wcześniej był drogą. I cały czas mieliśmy w głowach, że idąc z dzieciakami, przy najlepszej pogodzie na świecie, zaraz byłoby ,,jestem głodna”, ,,nudno mi” i inne rzeczy, które porafią człowieka rozzłościć dużo bardziej, niż nadrabianie 5 km górskiego szlaku w ulewnym deszczu. Obiecałam sobie, że nic nie zepsuje mi urlopu i tego się trzymałam.

Na początku chciałam okrasić ten wpis jakimiś mądrymi ,,złotymi myślami” które pokażą, jak bardzo ta podróż mi pokazała, że determinacja i uparte dążenie do celu pozwolą Ci osiągnąć szczyt. Że warto wziąć ze sobą mapę, czyli wyznaczyć sobie cele i sposób, w jaki chcesz do nich dotrzeć, bo to podstawa udanej podróży. Ale co zrobić, kiedy zdaje Ci się, że idziesz dobrym szlakiem, ale okazuje się, że jesteś nie w tym lesie? Te wszystkie filozoficzne i pseudo-coachingowe rozważania schowałam do kieszeni, głęboko. Kiedy Twoje życie jest targane przez różne żywioły, to jedyne co może Cię uratować, to dobry humor. Taki ze mnie Paulo Coelho.

Wszystko siedzi w głowie

Po tej przygodzie postanowiliśmy wrócić do domu. Mieliśmy tak mokre buty, że musiały zostać potraktowane suszarką. Prognozy pogody pokazywały, że następny dzień miał wyglądać tak samo (i się nie myliły), więc po co płacić za nocleg, jak można wyspać się w swoim łóźku, oglądając na rzutniczku Suitsy i podjadając pistacje.

Ale samymi pistacjami człowiek się nie naje, dlatego udałam się do piekarni. A tam kto? Rekruterka, o której usilnie starałam się zapomnieć, podczas mojego urlopu. Poczułam się jakby do piekarni wszedł dementor, oblał mnie zimny pot, ścisnęło w brzuchu. A za tym dementorem, cały na biało, wkracza Lord Voldemort, macha swą różdżką w moją stronę i krzyczy ,,Avada Kedavra Dobry Humorze”. I tyle z urlopu. Kropka.

Wszystko fajnie, wszystko super, dopóki nie przychodzi zderzenie z rzeczywistością. Obojętnie, ile bym sobie nie gadała, że jestem super, cool, petarda i dam radę ze wszystkim, przychodzi taki moment, kiedy ręce opadają i nie ma siły, żeby je podnieść. Bo wszystko siedzi w głowie. Jedyne, co w tej sytuacji można zrobić, to położyć się na kanapie przed rzutniczkiem i wrócić do Suitsów.

Już kończę!

Tak też zrobiliśmy, cały sezon opykany, Donna i Rejczel jak zawsze dały radę. Czy zapomniałam o szukaniu pracy? Nie. Czy coś się zmieniło w moim życiu? Nie. No może jestem bardziej wypoczęta. Dlatego chwila na biadolenie i użalanie się nad sobą jest konieczna, ale potem wracam i działam dalej. Praca się sama nie znajdzie, a trzeba jeszcze walczyć o równouprawnienie dla kobiet na rynku pracy. Do dzieła!

Dziękuję, że przeczytałaś do końca. Mam nadzieję, że się pośmiałaś i wkroczysz w nowy tydzień z dobrą energią 🙂 jak zawsze trzymam za Ciebie (za siebie też) kciuki i pozdro600!

2 Comments

  1. Uwielbiam czytać Twoje historie. Niektóre z nich są mi bardzo znajome 🙂 Też jestem mamą i wiem co dzieje się na rynku pracy. Mocno trzymam kciuki za Ciebie.

  2. Dzięki Monia! Jest mi bardzo miło, że lubisz czytać te moje opowiastki 🙂 Mam nadzieję, że spełniasz się zarówno zawodowo jak i macierzyńsko, pomimo trudnej sytuacji kobiet, zwłaszcza w pandemii. I dziękuję za trzymanie kciuków, zawsze się przyda! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *