rozmowa o prace
rekrutacja rozmowa kwalifikacyjna

A mama siedzi i zaczyna wierzyć w cuda

W sumie, to ja w cuda wierzę. Przecież sama w domku mam trójkę takich cudów. Ale TAKI cud to się serio nie zdarza, no bo jak to. No bo jak to tak, że pandemia trwa w najlepsze, a ja odbieram telefon z zaproszeniem na rozmowę rekrutacyjną? No właśnie tak było, jak chcesz znać dalszy ciąg tej historii, to zapraszam!

Popsuty telefon

Okazuje się, że największym dramatem podczas pandemii nie jest wcale brak papieru toaletowego czy drożdży, a popsuty telefon. Wiąże się to z brakiem możliwości włączenia piosenek z Roszpunki, oglądaniem Krainy Lodu czy zadzwonienia do męża w sytuacji bardzo-kryzysowej (a takie się przecież zdarzają co drugi dzień).

I gdy tak funkcjonowałam przez około tydzień z telefonem, który albo wcale nie działał, albo działał jak chciał, niczego nieświadoma, słyszę dzwonek telefonu. Najpierw się zastanawiam, czy to mój, czy może ktoś zapomniał swojego i u mnie zostawił. Ale przypomniałam sobie, że przecież jest kwarantanna i nikt nas nie odwiedza, więc pędzę z Didą na rękach, patrzę, jakiś numer mi się wyświetla, pewnie kurier. Tylko nic nie zamawiałam, ale może zapomniałam, że zamawiałam. W każdym razie odbieram i tu zasko maks:

,,Dzień dobry, moje nazwisko Anna Nowak, dzwonię z firmy Firma, aplikowała pani na stanowisko Stanowisko, czy mogłybyśmy się umówić na jutro na telefon?”

W tym momencie syn zaczął mnie ciągnąć za rękaw i wrzeszczeć ,,MAMOOO DAJ MI TEN TELEFON”. Bo widzisz, on się zamienia w Hulka (to ten wielki, zielony) jak tylko widzi elektronikę, a przez tydzień miał całkowity zakaz dotykania telefonu, więc jak zobaczył, że on jednak działa, to załączył całą nagromadzoną przez tydzień frustrację. I nie byłoby tak źle, bo przecież jestem wysoka i ten telefon był znacznie powyżej jego twarzy, natomiast on mnie zaczął ciągnąć za rękę, na co nie byłam przygotowana, w drugiej ręce miałam Didę, więc też nie bardzo miałam jak go odepchnąć. Więc on ciągnąc mnie za tę rękę, zniżył sobie ten telefon, by pani rekruterka mogła posłuchać, jaki to on jest nieszczęśliwy, bo mu mama telefonu nie daje.

Udało mi się powiedzieć, że tak, jutro 10:30 jest jak najbardziej odpowiednia i jeszcze raz poproszę o pani imię i nazwisko, i czy to jutro z panią będę rozmawiać. Jak już emocje opadły, to zaczęłam się zastanawiać, ale co to za oferta, w ogóle?

Co to za oferta?

Szybko sobie przypomniałam, bo jest pandemia i wysyłam raptem jedno CV tygodniowo. Dodatkowo, bardzo dobrym nawykiem jest zapisywanie sobie ofert pracy – i nie mówię tu o zapisywaniu do zakładek w przeglądarce czy kopiowanie linków, bo one niestety znikają. Ja robię sobie szybkiego screena i zapisuję w folderze z ogłoszeniami o pracę. Plik ma podobną nazwę do nazwy jaką nazwałam sobie CV, dzięki temu wiem, które CV wysłałam, do której oferty.

Rozpoczęłam przygotowanie do rozmowy, zanalizowałam jeszcze raz ogłoszenie, przeczesałam stronę internetową i poprzypominałam sobie te jakże ,,liczne” i ,,bogate” historie zawodowe.

W dniu rozmowy zabrałam mężowi telefon i poprosiłam panią, żeby dzwoniła na telefon męża. Żeby nie było jakiegoś bubla, że z przyczyn tak błahych jak popsuty telefon, nie dostanę pracy.

Byłam perfekcyjnie przygotowana, czułam, że nic mi nie może przeszkodzić. I oczywiście to znak – skoro ktoś się do mnie odzywa podczas pandemii, to na bank tę robotę dostanę. Ale się nie nastawiam.

Rozmowa

Na początku rozmowy zostałam szczegółowo wypytana o moje doświadczenie zawodowe. Spytano mnie również o powód, dla którego chcę zmienić pracę. Odpowiedziałam, że nie odpowiadają mi godziny – jednak praca w galerii handlowej to głównie popołudnia i weekendy. W odpowiedzi usłyszałam, że pani mnie lojalnie uprzedza, ale w tej pracy jest dużo nadgodzin i zdarzają się pracujące soboty w miesiącach, gdzie jest największy natłok obowiązków.

To tak na początek. Chwila ciszy, powiedziałam, że ok, to ja tylko muszę z mężem kalendarz uzgodnić i tyle. Tak, oczywiście, musi pani to dobrze przemyśleć, to ja może pani opowiem na czym polega praca.

W dużym skrócie, miały to być rekrutacje masowe, polegające na prowadzeniu prezentacji oferty dla grup kilkudziesięciu osób – tu padło pytanie czy dobrze się czuję podczas wystąpień publicznych. Potem zbieranie CV, od razu na miejscu badania medycyny pracy. A na te prezentacje trzeba jeździć po całej wielkopolsce – stąd prawo jazdy jako wymóg konieczny, ale do dyspozycji auto służbowe, juhuu!

Następnie w dniach co nie ma prezentacji, to pomaganie kandydatom i załatwianie ich bieżących spraw oraz analiza danych w excelu. -Zna pani excela, prawda? -No znam, ale tu nie będę pani ściemniać, że jestem ekspertem. -To jest dla mnie najmniej ważne. Najważniejsza jest dobra energia i komunikatywność, reszty panią nauczymy.

Już to gdzieś słyszałam, że mnie wszystkiego nauczą. Ale się podjarałam, bo naprawdę wyglądało na to, że się dużo nauczę i praca nie będzie monotonna.

Na koniec pani mi przypomniała, żebym się dobrze zastanowiła nad tymi godzinami, bo u nich jest zasada, że się nie wychodzi z biura, jak robota jest nieskończona. Oczywiście, jak są jakieś nagłe sytuacje, albo zaplanowana wizyta u lekarza, to jesteśmy elastyczni.
– O super, to na dzień mamy do przedszkola będę mogła pójść?
– Będzie pani mogła pójść, jeśli panią wypuszczę. Ale jeśli uznam, że jest za dużo roboty, to niestety nie będzie takiej możliwości.

No to się zastanawiam..

Właściwie, to krótko się zastanawiałam. Ustaliliśmy z mężem, że to jest mój czas teraz i obojętnie ile nie będzie nadgodzin, to powinnam iść do pracy, a nasze życie rodzinne się dostosuje do nowej sytuacji.

Pani rekruterka obiecała, że zadzwoni do mnie w następnym tygodniu. Dlatego w poniedziałek napisałam do niej smsa z mojego nowego i działającego telefonu, że może już dzwonić na mój numer,

Zamiast telefonu orzymałam smsa z automatu, że nie przechodzę dalej rekrutacji. Czyli nie miałam szansy powiedzieć pani, że jednak godziny pracy mi odpowiadają. Nie wiem co było nie tak, bo entuzjazmu mi nie brakowało. Podejrzewam, że jednak fakt bycia mamą przeważył. W ogóle wakat na to stanowisko się pojawił przez to, że poprzednia pracownica odeszła na macierzyński. Czyli zakładam, że pani miała już dosyć tematów około-mamowych. Ale może jestem nieprzyjemna i wysnuwam jakieś niesłuszne oskarżenia, tak więc przepraszam.

Wydawało mi się, że nie spinam się na tę ofertę, bo nie jest to coś wymarzonego, nie była to oferta idealna i w ogóle pewnie po 2 tygodniach pracy tam, bym się skichała. Ale nie powiem, że mnie to nie obeszło. Po raz kolejny pokazano mi środkowy palec – i nie jest to zbyt mocne określenie. Z każdym kolejnym odrzuceniem przez rekrutera mówię sobie, że mam dość i rezygnuję. Bo po co? To trochę jak na w-fie w szkole, tylko tym razem zamiast zostać wybranym ostatnim, nie wybierają cię wcale. To ja już wolę zapomnieć stroju i w ogóle nie ćwiczyć.

Ja dziękuję za takie cuda, nara !

Nie wiem, czy płynie z tej rekrutacji jakaś lekcja? Na pewno byłam bardzo dobrze przygotowana pod kątem znajomości firmy i swojego doświadczenia – dzięki temu na rozmowie czułam się pewna siebie. W dalszym ciągu mam głęboką wiarę, że gdzieś tam czeka na mnie wymarzona praca. Dlatego pozwalam sobie na chwile narzekania, leżenia pod kołdrą i oglądania Friendsów. Ale potem spinam poślady i działam dalej! I wciąż wierzę w cuda, jeszcze zobaczysz!

A tymczasem dziękuję, że doczytałaś do końca. Dzisiaj nie było długo, na szczęście. Pamiętaj, że jak będziesz się do swojej rozmowy przygotowywać, to zerknij na zakładkę ,,Przygotowanie do rozmowy”. Mam nadzieję, że Ci to pomoże. Trzymam kciuki za Ciebie (i siebie, wiadomka), działamy !

Może też spojrzysz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *