rozmowa kwalifikacyjna
rekrutacja rozmowa kwalifikacyjna

A mama siedzi i już jest w ogródku, już wita się z gąską…

Ten wpis jest dla mnie trudny, wspomnienia minionych dni są wciąż żywe. I chciałam pisać o tym jak najpóźniej, liczyłam na to, że będzie mi lżej na sercu, może do tego czasu znajdę pracę i będę traktowała te wydarzenia jako kolejną lekcję, na swojej drodze. Lżej nie jest, lekcja to trudna, ale co mnie nie zabije, to może Ciebie wzmocni? Zapraszam, poczytaj historię mojej prawie idealnej rozmowy kwalifikacyjnej.

Znowu oferta idealna!

Nie uwieżysz, bo to jest aż niemożliwe, że znowu znalazłam idealne ogłoszenie o pracę. Rekruter dla branży IT, stanowisko juniorskie w firmie, którą obserwowałam od dawna i tylko czekałam, kiedy wrzucą taką ofertę!

No to cyk, smażę podsumowanko, dopieszczam CV i wysyłam. Po czterech dniach dostaję informację zwrotną, że zapraszają mnie na rozmowę telefoniczną! Jupii! Skaczę pod sufit, tańczę po pokoju i zaczynam przygotowania do rozmowy.

Najpierw analiza strony internetowej, obowiązkowo zakładki ,,o nas”, ,,misja” i takie tam. Do tego ponowna analiza ogłoszenia, obczajenie wszystkich wymienionych narzędzi i programów, z którymi się zetknę, jak już tę pracę dostanę. I oczywiście pójście do biblioteki, tym razem wypożyczyłam pozycję dotyczącą rekrutacji i projektowania jej procesów.

Taki wywiad telefoniczny jest coraz bardziej popularny, ponieważ pozwala on szybko zweryfikować kandydata pod kątem technicznym – czy jego oczekiwania finansowe są zgodne z tym, co oferuje firma, czy okres wypowiedzenia nie jest zbyt długi, czy deklarowana komunikatywność językowa jest rzeczywiście prawdziwa. Taki wywiad trwa około pół godziny, nie jest skomplikowany (nie są badane tu kompetencje czy wiedza techniczna), a pozwala na głębszą selekcję kandydatów, niż tylko po przesłanym CV – jak dla mnie super opcja. Na wstępie już wiadomo, czy oczekiwania kandydata i firmy są zgodne i czy wakat zostanie uzupełniony w odpowiednim czasie.

Pytania, które mi zadano podczas tego wywiadu dotyczyły właśnie wysokości oczekiwanej pensji, rodzaju umowy, jak długie mam wypowiedzenie. Sprawdzono również mój angielski jednym pytaniem – ,,czy miałaś taką sytuację, kiedy nagle skrócono tobie termin na wykonanie jakiegoś zadania”. Czy coś w ten deseń. Było też pytanie związane z przeprowadzaniem procesu rekrutacyjnego, nie do końca pamiętam jakie, ale to też oznacza, że na tym etapie można się spodziewać pytań dotyczących wiedzy – nie jakiś szczegółowych, ale też żeby nie było, że jednak ściemniasz w CV.

Żeby nie było tak różowo, po przeprowadzonym wywiadzie okazało się, że mam zbyt wygórowane oczekiwania finansowe (hehe). A ja po prostu zobaczyłam widełki i strzeliłam kwotę w połowie. Ale dla osób zupełnie bez doswiadczenia przewidziana jest dolna kwota widełek. Pojawił się też problem z umową, bo ja chciałam założyć własną działalność i jednocześnie zostać w starej pracy na urlopie wychowawczym. Niestety w przypadku pełnego wymiaru godzin nie jest to możliwe, na urlopie wychowawczym można pracować tylko do pół etatu. W tym momencie bardzo się przestraszyłam, że te kwestie formalne, które dla mnie nie mają większego znaczenia, mogą zaprzepaścić moją szansę na wymarzoną pracę. Niestety reprezentuję mało biznesowe podejście i zapewne, jeśli czyta to jakiś coach kariery to się trzyma za głowę, ale ja po prostu chcę do pracy! A czy będę na umowę o pracę czy zlecenie, to nie ma dla mnie większego znaczenia. Dobrze chociaż, że mam kwotę minimalną, poniżej której nie podejmę współpracy, ale negocjowanie stawki to dla mnie w tej chwili czarna magia.

Koniec dygresji, wracam na odpowiednie tory. Na szczęście, po wymianie mailowej dało się wszystko odkręcić. Znowu miałam szczęście do rekruterki, wszystko sprawdziła z działem finansowym, odesłała mnie do odpowiednich przepisów w prawie pracy i zaprosiła na rozmowę już w biurze. Do tego podała mi od razu linki do profilu na LinkedIn rekruterek, które tę rozmowę przeprowadzą.

Tu sobie pozwolę na HRową dygresję – zawsze powinno być dwóch rekruterów podczas rozmowy, żeby wyeliminować wpływ indywidualnych preferencji rekrutera, na zatrudnienie. Skoro przyszłam w błękitnym żakiecie, a to ulubiony kolor osoby przepytującej, to moje szanse wzrastają o 1000%. Pomarzyć można, ale wiadomo, że jak są dwie osoby na rozmowie, to na pewno też wychwycą różne rzeczy i selekcja kandydatów będzie bardziej obiektywna.

Niestety jeden minus tej rekruterki, żeby nie było, że tak jej słodzę – nie chciała mi podać scenariusza rozmowy. A tak na nią liczyłam 😉

Rozmowa w biurze

Zanim jeszcze poszłam do biura, to dostałam informację o zmianie jednej z rekruterek. Okazało się, że nowa osoba to dziewczyna, z którą równolegle studiowałyśmy na tym samym wydziale, ale na innym kierunku. Tak sobie pomyślałam, że może to jakiś znak?

W każdym razie, gdy nastał ten dzień, udałam się do biura. Na domofonie, oprócz nazw firm, były również nazwiska mieszkańców. A tam znajome nazwisko moich znajomych, dość charakterystyczne, a przy okazji to są wspaniali, dobrzy ludzie. Co prawda do dzisiaj nie wiem, czy oni rzeczywiście tam mieszkają, ale tak sobie pomyślałam, że to może jakiś kolejny znak?

Byłam trochę za wcześnie, więc chwilę czekałam w sali konferencyjnej, ale zaoferowano mi wodę (w szklanej butelce!! No kurczę, to już wiedziałam, że to jest moje miejsce!), sprawdziłam chyba z 15 razy czy na pewno mam wyłączony głos w telefonie. Przyszła też na chwilę do mnie ta rekruterka, z którą rozmawiałam przez telefon. I dobrze, że przyszła, bo ja mam taką właściwość, że jak się denerwuję, to dużo gadam. Więc sobie z nią pogadałam, trochę zeszło ze mnie powietrze, ale dalej byłam bardzo zdenerwowana. Podobno jak człowiek się denerwuje, to oznacza, że mu zależy. A mi zależało bardzo bardzo bardzo.

Jak już formalnie rozmowa się zaczęła, zostałam poinformowana, że jedna z dziewczyn będzie mi zadawać pytania, a druga będzie notować. Ze względu na brak doświadczenia zawodowego, bez problemu mogę się odnosić do sytuacji prywatnych. Poza tym, jest to stanowisko juniorskie, doświadczenie nie jest wymagane, a w razie czego wszystkiego mnie nauczą. To też spowodowało, że trochę rozluźniłam ramiona, bo wspominając tę rozmowę, bardzo się bałam właśnie pytań o doświadczenie.

A teraz najważniejsze i zapewne to, co Cię najbardziej ciekawi: jakie miałam pytania?

  1. Dlaczego nasza firma? – takiego pytania się spodziewałam, dlatego miałam przygotowaną odpowiedź. Jest to standardowe pytanie, jest ono chyba na każdej rozmowie, dlatego warto dobrze się przygotować pod kątem znajomości firmy, do której startujemy. Pierwsze koty za płoty 🙂
  2. Czy miałaś kiedyś taką sytuację, że miałaś dużo zadań do wykonania na raz ? – tutaj opisałam jak wygląda praca na sklepie podczas wyprzedaży. Jak musisz roznosić kilogramy ciuchów, a każdy z klientów pyta się czy jest rozmiar, a czy w innym kolorze, a dlaczego tu jest taki bałagan i taka długa kolejka do przymierzalni. Myślę, że drugie koty również udały się za płoty.
  3. Czy miałaś kiedyś taką sytuację, że musiałaś załatwić niezbyt przyjemną sprawę mailowo? – tu najpierw zaczęłam się śmiać pod nosem, bo przyszła mi do głowy prywatna sytuacja. Potem próbowałam czegoś poszukać, czy nie było jakiejś sytuacji na studiach. Ale ta prywatna sytuacja tak mi się wwierciła w mózg, że postanowiłam ją opisać. To była historia, jak zamawiałam dietę ograniczającą mięso. Wszystko odbywało się on-line, wypełniłam formularz, po dwóch tygodniach dostaję dietę a tam zamiast dwie porcje mięsa w tygodniu, to dwie porcje mięsa DZIENNIE! No to uprzejmie zgłaszam reklamację, odpowiedzi brak. Po dwóch tygodniach, również uprzejmie, proszę o zwrot pieniędzy, skoro nie ma z panią żadnego kontaktu, dostałam odpowiedź, że bardzo przeprasza, ale umarł jej ktoś bliski i stąd opóźnienie. Sytuacja skończyła się dobrze dla mnie, ponieważ ostatecznie dietę dostałam. Jak dla mnie idealny przykład trudnej sytuacji załatwianej mailowo. Jedyne czego żałuję, to tego, że po prostu nie wyciągnęłam telefonu i nie pokazałam im tych maili, zamiast o nich opowiadać.
  4. Czy wyczuwasz chemię przez telefon? – w sensie czy wyczuwam przez telefon, że będzie mi się z kimś dobrze współpracowało czy nie. Nie wiem jaka jest prawidłowa odpowiedź na to pytanie. Ja odpowiedziałam, że tak, bo z tyłu głowy miałam pewnego faceta, z którym byłam umówiona zaraz po tej rozmowie na spotkanie. I czułam, rozmawiając z nim przez telefon, że współpraca nie będzie łatwa. Miałam rację – facet na spotkanie nie przyszedł.
  5. Czy miałaś kiedyś taką sytuację, że sobie coś zaplanowałaś i nagle musiałaś zmienić plany? – nie wiedziałam jak to powiedzieć, więc walnęłam prosto z mostu: bo wiecie, ja mam małe dzieci, więc ja nieustannie mam nagłe zmiany planów. I teraz to zależy od sytuacji, jeżeli to jest coś mało ważnego i mogę to zrobić kiedy indziej, to przesuwam albo zlecam zadanie mężowi. A czasem zapieram się i robię wszystko, by dane zadanie zrobić i wtedy proszę o wsparcie z zewnątrz, czy to babci czy siostry. Odpowiedź rekruterek była super: generalnie spoko, mamy dużo mam na pokładzie i nawet jeśli zdecydujesz się na umowę B2B, a zajdziesz w ciążę, to automatycznie przechodzisz na umowę o pracę. Grzecznie podziękowałam (coś w stylu: o matko, błagam tylko nie to !!) i przeszłyśmy do następnego pytania.
  6. Czego się nauczyłaś przez ostatnie pół roku? – i tu trochę spaliłam, ale niedużo. Bo zamiast opowiadać, ile to ja nie przeczytałam HRowych książek, to opowiadałam o tym, jak to przeszłam z moją dobrą organizacją na level superhard i o mojej nauce fińskiego. Co prawda, wyszła z tego fajna rozmowa o fińskim, skąd, dlaczego itd. ale jednak potem trochę sobie wyrzucałam własną głupotę.
  7. Czy miałaś jakąś konfliktową sytuację w pracy lub na studiach? – to jest moja szlagierowa sytuacja, która napędza mnie do działania i tak naprawdę, dzięki której ten blog powstał. Kiedy wróciłam do pracy po urodzeniu pierwszego dziecka, miałam nową szefową, która wiadomo było, że nie zostanie z nami w Poznaniu na stałe i generalnie miała mnie w pompce. Zwróciłam się do niej z prośbą, że skoro studiuję HRy to bardzo chętnie pomogę w rekrutacjach albo pisaniu ogłoszeń czy wypełnianiu jakiś pracowniczych raportów (oczywiście z zachowaniem wszelkich RODO przepisów. Tylko czy wtedy już było RODO ? ). W odpowiedzi usłyszałam, że teraz jestem mamą, więc mam się zająć dziećmi, a inni teraz są w kolejce po awanse. Obiecałam sobie, że zrobię co w mojej mocy, by żadna kobieta nie musiała takich słów usłyszeć. Fakt, że jestem mamą nie oznacza, że jestem gorszym pracownikiem. Śmiem twierdzić, że nawet czyni mnie to lepszym pracownikiem! Ale dziękuję tej kobiecie, że mi tak powiedziała. Taki mocny kop w moją feministyczną duszę, bardzo mobilizujący do działania!
  8. Czy miałaś kiedyś taką sytuację że byłaś za coś odpowiedzialna ale tego nie zrobiłaś? – i tu autentycznie dziura w mózgu. Tzn. wiadomo, że nie jestem alfą i omegą, i na pewno była taka sytuacja. Ale w tamtej chwili, nie mogłam sobie żadnej przypomnieć.

Po skończonej rozmowie zostałam oprowadzona po biurze i nawet chwilę zostałam, żeby jeszcze porozmawiać z tą pierwszą rekruterką, co mnie przez telefon przesłuchiwała. Naprawdę poczułam się na swoim miejscu. Wychodząc, drzwi nie chciały się otworzyć, no kolejny znak jak nic, że mam tam zostać i pracować! Jak już się drzwi otworzyły, to poszłam na to spotkanie z facetem, które się nie odbyło. Ale byłam w dobrym humorze, bo naprawdę poczułam, że chyba mi się udało.

Ale jednak nie.

Na odpowiedź czekałam do końca przyszłego tygodnia. Telefon zaskoczył mnie o 17 w piątek, kiedy to byłam z rodziną na rowerach (w lutym, nie ma to jak zmiany klimatyczne). Już nie będę opisywać jak to mnie w żołądku ścisnęło, kiedy usłyszałam, że jednak nie biorę dalej udziału w procesie. I było flow, dobrze mam się rozmawiało, fajnie, że uczysz się tego fińskiego, widać, że jesteś pozytywną osobą, ale postanowiliśmy pójść dalej z osobami które już mają doświadczenie. Rynek jest tak dynamiczny, że nie mamy czasu na naukę od podstaw i wolimy już osoby, które te podstawy mają.

Tu przyznam rację, rynek jest bardzo dynamiczny, miesiąc później wybuchła pandemia. I w gruncie rzeczy całe szczęście, że tej pracy nie dostałam. Bo jak to pracować i jednocześnie się trójką dzieci zajmować? Nawet jakby mąż wziął urlop i został z maluchami, to nie miałabym gdzie pójść do pracy, bo wszystko zamknięte. Ale wtedy tego nie wiedziałam. Drżącym głosem zdołałam tylko powiedzieć:

– Ok, to co ja mogę zrobić, żeby w przyszłości dostać u Was pracę? Jakieś szkolenia czy coś?
-Tak, szkolenia to bardzo dobry pomysł, wtedy też widać, że naprawdę interesujesz się tematyką i dostajesz takie podstawy wiedzy, które powinnaś mieć.

Współczuję rekruterce, że musiała dzwonić do mnie w piątek o 17 i mimo wszystko życzyć mi miłego weekendu. Współczuję sobie, bo mimo wszystko mam wrażenie, że to nie jest kwestia szkoleń, a jednak doświadczenia, które można nabyć tylko pracując. Ale jak ja mam dostać pracę, jak na stanowisko juniorskie mam za małe doświadczenie, a na praktyki zbyt duże, bo już jestem po studiach? I co ja mogę więcej zrobić, kiedy naprawdę ta rozmowa dobrze mi poszła i żadnej głupiej głupoty nie zrobiłam? Nawet zdjęcia z rollercoastera nie musiałam wstawiać 🙂

Trochę mam wrażenie, że ta praca jest dla mnie jak ten las w szkle na zdjęciu. Szczelnie zamknięte środowisko, które tętni życiem, a ja sobie mogę tak z zewnątrz od czasu do czasu popatrzeć przez szybę.

I ja rozumowo mam to wszystko ogarnięte – rzeczywiście miałam nie dostać tej pracy, chociażby z powodu pandemii. Poza tym wydarzają się teraz naprawdę dobre rzeczy, na które pewnie bym nie miała czasu, gdybym zaczęła pracować. Blog by się pewnie zakończył po jednym wpisie i nie miałabyś się z czego śmiać. Chociaż zawsze możesz powalczyć z ostrym cieniem mgły.

Dlatego ja WIEM, że ja tej pracy miałam nie dostać. Ale jednocześnie jest mi po prostu, najzwyczajniej na świecie przykro.

Na zakończenie

W feralny piątek postanowiłam smutek zajeść pączkami. Wysłałam męża do piekarni, pączków nie było.

Może też spojrzysz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *