rozmowa rekrutacyjna przez telefon
rekrutacja rozmowa kwalifikacyjna

A mama siedzi i rozmawia przez telefon

Dzisiaj post nie będzie zbyt emocjonujący, za to jak najbardziej potrzebny. No bo jak odbywają się rozmowy rekrutacyjne w dobie pandemii? Ano przez telefon właśnie. I choć sama moja przygoda jest jeszcze sprzed wirusa, to warto ją opisać, bo być może będziesz się niedługo z taką formą rozmowy kwalifikacyjnej mierzyła?

Warto mieć znajomości

Rekrutowałam się do pewnej dużej amerykańskiej korporacji, która ma tyle benefitów pozapłacowych, że od zawsze mówiłam, że będę tam pracować. Wiesz, nie jakieś tam zwykłe Multisporty, tylko karty lunchowe i opiekę zdrowotną, że idziesz gdzie chcesz, bierzesz fakurę, a firma Ci zwraca 85%. Jak dla mnie bajka. A że pracuje tam mój dobry kumpel, no to nic, tylko aplikować. Właściwie to właśnie on mnie do tego namawiał, bo ja tak trochę mówiłam, że a może jeszcze nie, może najpierw spróbuję gdzieś indziej. Śledził dzielnie otwarte stanowiska w jego firmie, w dziale HR i w końcu mnie namówił, więc działamy. Przepuścił moje CV przez system poleceń, jeszcze po drodze mi wyhaczył jakieś błędy w CV, bo jakżeby inaczej, ale dzięki temu nie posłałam żadnego bubla.

Po tygodniu czy dwóch dostałam telefon, że dziękują za moją aplikację, ale niestety nie mam kwalifikacji na dane stanowisko, natomiast mają otwartą inną pozycję, gdzie spełniam wymagania. Czy jest Pani zainteresowana, oczywiście, że jestem zainteresowana, w takim razie zapraszam panią w czwartek na 10:00 na test z angielskiego i zwracania uwagi na szczegóły, dziękuję, do widzenia.

Generalnie nie mam problemów z angielskim, ale myślę sobie, że może trzeba go lekko odświeżyć. To przerobiłam cały podręcznik w tydzień, już zaczęłam nawet myśleć po angielsku. Co prawda listy zakupów wciąż pisałam po polsku, ale nie przerabiałam słówek z działu SPOŻYWKA tylko BYZNES.

Test

Gdy nadszedł sądny dzień, weszłam między wypasione biurowce, znalazłam odpowiedni, panie w recepcji były bardzo miłe i pokierowały mnie do poczekalni. Ten pokój musiała projektować najlepsza agencja PR w okolicy, bo do dyspozycji czekających były cukierki, woda gazowana, niegazowana, z cytryną, do tego meega wygodna kanapa i telewizor. Specjalnie przyszłam wcześniej, żeby wyjść na inteligentną i sobie poczytać jakąś mądrą książkę, że niby jestem oczytana, ale wielki ekran zdecydowanie wygrał walkę o moją uwagę. A tam filmiki z życia firmy, jak odmalowują jakiś dom i płot (pewnie schronisko dla zwierzaków), potem kadry z jakiegoś eventu plenerowego, na którym gwoździem programu był wykład Szymona Hołowni, a na koniec imprezka pod wielkim namiotem, gdzie wiara dyla razem z Bednarkiem i Margaret. Normalnie oczy wyłażą mi z orbit, ja słyszałam różne historie o budżetach imprez integracyjnych, ale to chyba przebiło wszystko.

W międzyczasie weszły dwie dziewczyny, każda usiadła w jak najdalszym kącie kanapy, minimum dwa metry zachowane, choć jeszcze wtedy obostrzeń nie było. Myślę sobie, czy zagadać, zwłaszcza, że jedną z nich chyba skądś znam, ale stwierdziłam, że wolę oglądać jak tańczą i robią wygibasy. Przyszła rekruterka, zaprosiła mnie i tę, którą chyba skądś znam do sali konferencyjnej. Generalnie wzdłuż korytarza tych salek (to nie były jakieś niewiadomo jakie sale, takie na ok. 10 osób) konferencyjnych było chyba z 10. I miały różne nazwy od znanych osób, pamiętam, że był Julisz Cezar, Mata Hari, a ja byłam w Joannie D’arc. Jakkolwiek to brzmi.

Rekruterka rozdała testy z angielskiego i powiedziała, że potem będzie drugi test z tzw. Attention to details (co to jest, wyjaśnię później), a że startujemy na różne role, to koleżanka jeszcze teścik z excela dostanie. Uff, ulżyło mi, bo jak sobie pomyślałam o excelu, to szybko przestałam o nim myśleć, bo pustka w głowie. Wracając do meritum – testy rozdane, czas start, 45 minut, rekruterka wychodzi. Normalnie se wyszła i se poszła. Chwila konsternacji, czy ja mogę w tej sytuacji wyciągnąć telefon i odpalić słownik? A może to też jest test i ona sobie siedzi i podgląda nas na kamerce, czy nie oszukujemy? Obojętnie co by było, moja krystaliczna dusza nie godzi się na oszustwa i dzielnie piszę samodzielnie.

Co to był za test! To był jakiś dramat i masakra w jednym. Tam były słowa, które widziałam po raz pierwszy w życiu. I jeszcze na koniec zadanie otwarte – napisanie listu. Miałam napisać do jakiegoś pana, który jest ekspertem z Excela, i przy okazji, jak będzie odwiedzał biuro w Poznaniu, to może wpaść do mojego zespołu i pouczyć nas tego … jakże wspaniałego narzędzia usprawniającego codzienną pracę. I wszystko fajnie, były tam trzy podpunkty, które muszę zawrzeć w tym liście, pierwszy zrozumiałam, drugi w połowie, a trzeci kompletnie ominęłam, bo jak człowiek ni huhu nie rozumie, to lepiej tego nawet kijem nie tykać.

Nagle wchodzi rekruterka, patrzy na nas i mówi: zostało 5 minut. A ja normalnie panika! Bo list niedokończony, reszta zadań zamkniętych, które nie umiałam, również zostawiona pusta. To nie był Kangur, gdzie za błędne odpowiedzi są ujemne punkty, więc hyc do pierwszej strony i strzelam na oślep. Została mi pewnie minuta, żeby dokończyć list, ale jak tu w stresie wymyślić jakieś grzecznościowe formułki, żeby ten facet od tego Excela jednak przyjechał. Szoruję tym długopisem po kartce, rekruterka zniecierpliwiona mówi ,,kończymy, kończymy”. Kątem oka widzę, że moja partnerka w niedoli przygryza koniec języka, pisze jak szalona i też nie przejmuje się nawoływaniem strażniczki broniącej wrót do pracowniczego raju. Ufff, udało się, udało mi się dopisać do końca, choć koniec listu był tak krzywo napisany, że nie wiem czy ktoś się doczyta. W sumie dobra taktyka, pisać jak kura pazurem, a potem zwalić na rekrutera, że nie umie czytać.

Po tej emocjonującej walce z czasem, gdy karteczki zostały zabrane, odważyłam się na komentarz w stylu ,,to było chyba najszybsze 45 minut w moim życiu”, który rekruterka zbyła litościwym spojrzeniem, wargi nawet nie próbowały się poruszyć odrobinę do góry, by imitować uśmiech. Nadszedł czas na kolejny sprawdzian.

Attention to details, czyli test uważności i patrzenia na szczegóły. Niektórzy to lubią, inni mniej. Ja chyba plasuję się gdzieś po środku, to znaczy, że nie przeszkadzają mi takie zadania, ale jednocześnie nie jestem perfekcjonistką. Zadania wyglądały tak: zaznacz, czy wybrane pary są takie same, czy nie.
nciueuckenjkaluehdaxjk nciueuckenjkaluehdaxjk
Joanna Smith Harvey Joanna Smith. Harvey
433 Smally Championship Valley, London 433 Smally Chempionship Valley, London

I tak 3 strony A4, czas (chyba) 4 minuty. Jak błąd był na samym początku, to luzik, ale jak trzeba było przeczytać całą kombinację liter, to się traciło dużo czasu. Na szczęście zdążyłam.

Rozmowa telefoniczna

Nie ukrywam, że po tym teście z angielskiego nie spodziewałam się pozytywnej odpowiedzi. Nawet powiem szczerze, byłam trochę wkurzona, że straciłam cały tydzień na naukę, a nic mi się nie przydało. Stąd moje zdziwienie, gdy parę dni później dostałam maila, że zapraszają mnie do dalszego etapu. Musiałam tylko przez ich firmowy system zarezerwować dzień i godzinę w kalendarzu odpowiedniej rekruterki.

Postanowiłam nie powielać poprzednich błędów i dobrze przygotować się do tej rozmowy. W ramach przygotowań dokładnie przejrzałam ich stronę internetową, na której znalazłam konkretne instrukcje, w jaki sposób przygotować się do rozmowy, na co zwrócić uwagę i jak odpowiadać na pytania. Zauważyłam, że dobre poznanie firmy, do której startuję i zrobienie dokładnego researchu zmniejsza mój lęk przed rozmową. I zwiększa też poczucie sprawczości, dodaje pewności siebie.

Nadszedł dzień rozmowy i wszystkie moje przygotowania, tak naprawdę na nic się nie przydały. Dobry humor i pewność siebie gwałtownie obniżył niż, który przypłynął z Wysp Brytyjskich, i przyprowadził ze sobą obfite opady deszczu. Co ja teraz zrobię, kiedy plan był taki, że mąż zabierze dzieciaki na spacer? Jak ja mam rozmawiać przez telefon w domu z trójką maluchów? Pozostała tylko jedna opcja: wsiąść w samochód, zaszyć się gdzieś na parkingu przed galerią handlową i odpowiadać z uśmiechem na pytania w rytmie deszczu bębniącego o szyby.

Tak właśnie wyglądałam, siedziałam w aucie z podręcznikiem do angielskiego na kolanach 🙂

Rozmowa zaczęła się po polsku, zostałam uprzedzona, że w pewnym momencie przejdziemy na angielski. Na początku rekruterka zapytała się mnie co wiem o firmie i dlaczego właśnie to stanowisko. Po odpowiedzi, rekruterka obszernie przedstawiła mi charakterystykę firmy oraz profil stanowiska. Potem były jeszcze pytania dotyczące kwestii formalnych, o moją dyspozycyjność, czyli kiedy mogłabym zacząć i ile chciałabym zarabiać. Następnie był czas dla mnie, bym ja mogła zadać pytania, jeżeli jakieś mam już na tym etapie. Dopytałam się o godziny pracy i ewentualne wyjazdy służbowe. Wyjazdów brak, natomiast godziny pracy, jak w rasowej amerykańskiej korporacji z obowiązkową, bezpłatną przerwą na lunch. Czyli w pracy spędzasz co najmniej 8,5 godziny dziennie. Ale wszystko oczywiście po to, bym nie musiała zjadać obiadu na kolanach przed komputerem w ekspresowym tempie, żeby nie stresować moich bakterii jelitowych. A najlepiej to pójść do tamtejszej kantyny i sobie kupić obiadek, a nie przynosić w słoikach, bo to przecież siara. Nie po to rozdają karty lunchowe, żeby z nich nie korzystać.

Ale dosć ironii, podejrzewam, że rekruerka usłyszała nutkę niezadowolenia w moim głosie, zaraz też się spytałam, czy w takim razie jest możliwość pracy na 3/4 etatu, usłyszałam, że nie. Chwila ciszy, czy jeszcze ma pani jakieś pytania, bo jeśli nie to już byśmy przeszły na angielski i dopytałam się więcej na temat pani doświadczenia, oczywiście, możemy przejść dalej, nie mam więcej pytań.

Bardzo się bałam tej części po angielsku, ale jak już zaczęłam mówić, to było flow i w ogóle cool. A jak mi słówka zabrakło, to pani mi pomagała, bez spiny. Pytania odnosiły się typowo do mojego doświadczenia, rekruterka chyba miała przed oczami moje CV, bo po kolei wymieniała obowiązki, które wypisałam po stanowiskami. Ale konkrety, jakie miałam pytania:

  1. Jak się zachowuję w sytuacjach kiedy mam dużo zadań do zrobienia jednocześnie?
  2. Czy byłam kiedyś w takiej sytuacji, że nie dostałam dokładnej instrukcji jak zrobić zadanie i co wtedy zrobiłam?
  3. W jaki sposób organizuję sobie zadania w pracy? (tu konkretnie chodziło o pewien rodzaj samodzielności w podejmowaniu decyzji – tu opisałam jak mamy to zorganizowane na sklepie, czyli kierownik ustala zadania do zrobienia w danym dniu, ale wiadomo, że priorytetem jest klient. Niestety niewiele tu mojej decyzyjności, ale mam nadzieję, że przedstawiłam sens pytania)
  4. Czy miałam taką sytuację, kiedy nagle przełożony lub sytuacja wymusiła na mnie zmianę planów?
  5. Czy miałam do czynienia z raportami albo z excelem?

Specjalnie wylistowałam tę listę pytań, bo liczę na to, że z niej skorzystasz, jak będziesz się przygotowywać do swojej rozmowy. Nie twierdzę, że dostaniesz te same pytania, ale przygotowanie sobie odpowiedzi na te, przypomnienie sobie konkretnych sytuacji zawodowych, zdecydowanie pomoże Ci w odpowiedzi nawet na inne pytania.

Jakby popatrzeć z boku na tę rozmowę albo lepiej, jakbym ją nagrała, to odsłuchujący na pewno by stwierdził, że bardzo miła rozmowa, nic nikomu nie można zarzucić, rekruterka uprzejma, odpowiadająca na pytania lekko zestresowana, ale daje radę. A ja, po naciśnięciu czerwonej słuchawki zaczęłam po prostu płakać. Bo niestety prawda jest taka, że ja na prawie żadne z tych pytań nie mogłam znaleźć odpowiedniej sytuacji. Poczułam (nie wiem czy słusznie, czy nie) jak przygniata mnie powalający brak doświadczenia zawodowego. Nie wiem, jak może przygnieść coś czego nie ma, ale tak było. W tamtej chwili czułam się jak idiotka, która nic innego nie umie, tylko się uśmiechać i podawać sukienki. Oczywiście, jest to nieprawda, ale nawet teraz, kiedy już trochę czasu od tej rozmowy minęło, dalej jestem pełna podziwu, jak łatwo można człowieka w depresję wprowadzić. Wystarczy zadawać odpowiednie pytania. Nie twierdzę, że ta rekruterka zrobiła to specjalnie, na pewno miała standaryzowany scenariusz. Natomiast jej chłodna uprzejmość i brak pewnego rodzaju elastyczności w prowadzeniu rozmowy (tu mi chodzi o takie indywidualne komentarze, trochę się czułam jakby mówiła do ściany, która jakimś cudem umie zadawać pytania i trochę pomagać w angielskim jak mi słowa zabraknie) spowodowały, że poczułam się, jakbym stała za jakąś szklaną szybą, zza której widzę ten wielki świat pracujących ludzi, ale sorry Aga, nie masz do niego dostępu, bo jedyny raport jaki na oczy widziałaś w swojej pracy to tabelka w Wordzie.

Mimo wszystko, oczekiwałam z utęsknieniem na odpowiedź zwrotną. Pomimo tego, że byli pod wrażeniem niektórych moich osiągnięć i kwalifikacji, nie zapraszają mnie do dalszego etapu. Szczegółowy feedback jest udzielany kandydatom na późniejszym etapie rekrutacji.

Miałam ochotę im odpisać, że skoro są tacy ,,pod wrażeniem”, to czemu, do jasnej ciasnej, nie przechodzę dalej? Te puste frazesy działają na mnie jak płachta na byka, no bo albo są pod wrażeniem, albo nie. W mailu było jeszcze napisane, że po wnikliwych rozważaniach mojej kandydatury, uznano, że mój profil nie wystarczająco pasuje do zadań wykonywanych na tym stanowisku. Co to znaczy? Czy to mój brak doświadczenia tu zaważył, a może to, że mam 3 miesiące wypowiedzenia albo podałam zbyt wysoką stawkę? A może jeszcze to, że na sam koniec, pani mi się spytała, czy jest coś w pracy czego szczególnie nie lubię i odpowiedziałam że nie lubię monotonnych zadań i czasami proszę szefową o przeniesienie choćby na chwilę na magazyn, by trochę odpocząć od obsługi klienta? Nie wiem, tak jak nie mam spiny o szczegółową informację zwrotną na etapie rozsyłania CV, tak tutaj uważam, że choć jednym zdaniem mogliby wspomnieć, dlaczego jednak nie przechodzę dalej.

Już kończę, już kończę!

Żałuję, że dalej nie przeszłam, ale tylko dlatego, że kolejnym etapem miało być tzw. Assessment Center. Ale co to jest, to już na osobny wpis się kwalifikuje 🙂

Myślałam, że będzie nudno i bez napinki, ale jednak szukanie pracy to dla mnie jedna wielka burza emocji! Nawet po paru miesiącach, kiedy wspominam tę sytuację, nie przechodzę obok niej obojętnie.

Co najważniejsze w tym wpisie, to dobre przygotowanie do rozmowy. Warto, naprawdę warto poświęcić 10 minut na przejrzenie strony firmowej i kolejne 10 minut na przypomnienie sobie swoich sytuacji zawodowych (zapraszam, posiłkuj się pytaniami, które tu zamieściłam).

Dziękuję bardzo, że przeczytałaś do końca, znowu wyszło długo, taka ze mnie gaduła. Na koniec niezmiennie, jak zawsze i do końca świata trzymam kciuki za Ciebie i siebie! Pozdro600!

P.S. Ja tutaj opowiadam tylko swoją historię, żebyś wiedziała jakich błędów nie popełniać. Jeśli chcesz wiedzieć jak DOBRZE wypaść na rozmowie przez telefon, to zapraszam Cię na profil fejsbukowy HRMamy, która prowadziła live na ten temat (jest on tam zapisany, żałuję bardzo, że odbył się on później niż ta moja rozmowa). Zarezerwuj sobie pół godziny, żeby się dowiedzieć szczegółów, od tego w jaki sposób odebrać telefon, po uzgadnianie stawki płacowej. To też jest element dobrego przygotowania do rozmowy, który podnosi pewność siebie na poziom maksymalny!

Może też spojrzysz

2 Comments

  1. Magdalena Burdzińska says:

    Bardzo konkretny post ;szczególnie w kontekście pytań:-) szkoda;że przeczytałam go teraz a nie 2 tyg temu:-(mogę dodać od siebie;że ja w tej firmiemiałam 2 pierwsze pytania dokładnie takie same;trzecie brzmiało:jak zachowałas się w sytuacji;gdy musiałaś przekonać do swojego zdania innych członków zespołu;którzy mieli zdanie odmienne? A dalej pytali co konkretnie robiłam w pracy ;a to już po niemiecku:-)
    Może zbudujemy bazę pytań na przyszłość:-)?

    1. Świetny pomysł z bazą pytań!! To byłaby dobra opcja, dzięki Madzia! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *